Wreszcie nadszedł ten dzień! Łatwe to nie było… Otwarcie własnego sklepu z tak nietypowym asortymentem wymagało żmudnej pracy, sporego własnego wkładu finansowego, cierpliwości i wręcz stalowych nerwów. A może to jednak skutek tego rytuału sprzed pięciu lat? Rozmyślania Asusa przerwał widok witryny sklepu, wyróżniającej się mocnymi kolorami na tle szarych kamienic. Połyskująca czerń zestawiona ze świeżą, jaskrawą zielenią rzucała się w oczy. Nasza Mandgragora - powiedział na głos do siebie, przeszukując jednocześnie kieszenie spodni. Wstrzymał oddech, bo kluczy nie było w żadnej z 6 kieszeni spodni. Na bezdechu zaczął szybko grzebać w kieszeniach kurtki oraz bluzy pod nią. Szybko ściagnął plecak i zajrzał do środka. Zrobiło mu się zimno, potem gorąco. Ponownie wsadził rękę w prawą kieszeń dżinsów i... znalazł. Klucze były tam cały czas. Trema dnia pierwszego - pomyślał robiąc głośny wydech.
Był 2 stycznia, godzina 9:33. Wg tabliczki na drzwiach, Mandragora czynna jest od 10:00. Asus postanowił jednak rozpoczynać pracę o 9:30, bo dobrze wiedział, że i tak będzie się spóźniał i de facto sklep otwierał tuż przed lub tuż po 10:00. Dlaczego zatem był na miejscu już o 9:33? Czyżby "trema dnia pierwszego"?
Gładko przekręcił klucz w zamku. Drzwi otworzyły się. Bez tajemniczego skrzypienia i trzeszczenia. Wszedł do środka i nie poczuł zapachu stęchlizny, starych grymuarów, wysuszonych skrzydeł nietoperza i zakurzonych pajęczyn. W powietrzu wciąż unosił się zapach farby i drewna oraz delikatne wspomnienie kadzidła. W ułamku sekundy przez głowę przemknęły mu obrazy-wspomnienia: rytuał oczyszczania miejsca, remont i malowanie sklepu, przyjaciele i wszyscy znajomi, którzy pomagali. Rytualna libacja i uczta po tym jak lokal nabrał już kolorów, meble zostały zamontowane a towary ustawione na półkach. Śmiechy, głos bębna, zapach kadzidła. I próba tańca w tej ciasnej przestrzeni, która zakończyła się zderzeniem z kilkoma meblami...
Sklepik był malutki, w sumie 21m2 łącznie z zapleczem. Pomieszczenie dostępne dla klientów było kwadratowe. Każda ściana pomalowana była na inny kolor ale w sumie nie było tego widać, bo i tak ściany zostały zabudowane półkami i regałami z drewna pociągniętego czarną bejcą. Dostrzec można było jedynie czerwień widocznych fragmentów ściany, w której mieściły się drzwi wejściowe. Gdyby ktoś ustawił pod tymi drzwiami krzesełko, (na przykład to, które stoi za ladą) wszedł na nie i dobrze, ale naprawdę dobrze, przyjrzał się ścianie nad framugą to zdziwiłby go wyryty cienkim rylcem znaczek. Albo nie zdziwiłby wcale, gdyby ten ktoś obeznany był z islandzką Galdrabók, bo rozpoznałby tam runę ochronną. Żadne natomiast krzesełko nie było potrzebne by zauważyć sporych rozmiarów złoty pentagram przyklejony do czarnych drzwi. Na wprost mieściła się lada, również czarna z dużym zielonym logotypem sklepu. Na regałach po lewej stronie, zasłaniając żółtą ścianę, znajdowały się 3 półki z książkami (głównie anglojęzycznymi) a pod nimi półeczki ze słoiczkami, woreczkami i pudełkami. Regały po stronie prawej (niebieskiej) zawierały mniej towarów ale za to znacznie większych. Znajdowały się tam piękne bębny sygnowane logiem Gabro Art. Były tam rogi, w tym jeden olbrzymi o pojemności 1,2l, który zajął całą jedną półkę. Ale znaleźć można tam było również i te mniejsze, najwięcej takich 0,5 i 0,3l. Do tego przecudne puchary i kadzielnice. Były też inne, mniejsze instrumenty i narzędzia. Świece, świeczki, misy i miseczki, grzechotki, piszczałki, pałki itp
Klient, który podszedł do oszklonej z wierzchu lady mógł z bliska przyjrzeć się pogańskiej biżuterii Wolfcraft i Violent Mist znajdującej się pod szybką. Już poza zasiegiem ręki klienta, na brązowej ścianie za ladą znajdował się przeszklony regał z nożami i nożykami. Było tam też ostrza włóczni i groty strzał. Między regałem a wejściem na zaplecze stał kredens, który pełnił również funkcję ołtarza.
Szaman wszedł do pomieszczenia ściagając jednocześnie plecak i kurtkę. Poszedł na zaplecze i rzucił plecak na podłogę a okrycie powiesił na wieszaku. Zrobił krok w tył i był z powrotem między ladą a kredensem-ołtarzem. Z górnej szuflady wyjął kadzielnicę, węgielek, zapałki i mieszankę żywicy z bursztynem, cynamonem i jeszcze czymś. Isa nie chciała powiedzieć co dokładnie się tam znajduje. A może powiedziała a Asus zapomniał? W każdym razie pachniało dobrze i nie dymiło za bardzo, czujnik przeciwpożarowy zignorował taką ilość dymu. Szaman umieścił okrągły węgielek w kadzielnicy stawiając go na sztorc. Podpalił jego brzeg. Kiedy żarząca sie kreska minęła środek krążka, Asus szturchnął węgielek palcem przewracając go na płasko. Sięgnął do woreczka z mieszanką, wziął w palce szczyptę i położył na gorącym węglu. Zaczęło trochę dymić. Asus przywitał się z duchami miejsca. Obok kadzielnicy postawił glinianą miseczkę. Ponownie sięgnął do szuflady, tym razem po butelkę od Vrede. Znajdował się w niej miód pitny domowej roboty. Asus nalał trochę miodu do miseczki. Dla duchów. W końcu zadowolone duchy są bardziej chętne do pomocy i mniej skłonne do głupich żartów.
Zrobił jeden krok w prawo, jeden krok w przód i już był na zapleczu. Krok w lewo i stanął przy aneksie kuchennym. Napełnił czajnik elektryczny wodą i włączył. Wyciągnął z szafki nad zlewem kubek z wzorkiem przedstawiającym grzybki psylocybinowe układające się w kształt trupiej czaszki. W szafce znajdował sie też prezent od Grzegorza - herbaciana mieszanka różnych ziół i owoców. Na kaca. Nabrał porcję na łyżkę i wpatrywał się w nią przez chwilę. Następnie zgrabnie wydłubał z kupki ziół to co wyglądało mu na zmielony korzeń ostropestu i wrzucił to z powrotem do woreczka. Pozbawioną ostropestu mieszankę wsypał do kubka. Zalał wrzątkiem. Z plecaka wyjął plastikowe pudełko z resztkami sylwestrowego sernika. Z kubkiem w jednej ręce i pudełkiem sernika w drugiej przeniósł się ponownie przed ladę i rozsiadł wygodnie na krześle. Podmuchał parę razy na płyn w kubku i wziął pierwszy łyk.
Coś tu nie pasowało. Szaman odwrócił się na krześle w stronę kredensu-ołtarza i wyjął z szuflady flaszkę z miodem. Wlał sobie do kubka solidną porcję, prawie tak dużą jak dla duchów.Herbatka po asatryjsku. Dobra! - uśmiechnął się do siebie. Gdzieś tam daleko, w tle pojawiła się myśl o asatryjskiej zemście, klątwach czarownic i rozzłoszczonych, spragnionych alkoholu duchach. Odłożył kubek na blat a z pudełka wyjął duży kawałek sernika. Z lekkim westchnieniem żalu położył ciasto na ołtarzu. -To za ten miód. Duchy dzielą się z nim miodem a on z duchami tym co ma najlepszego. Sprawiedliwość szamańska musi być!
Asus podniósł się z krzesła, sięgnął po kurtkę. Ubrał się, wsadził w zęby papierosa, złapał za kubek i wyszedł przed sklep. A właściwie to stanął w drzwiach. Zapalił, wciągnął i wypuścił dym. Rozejrzał się po okolicy i zamknął na chwilę oczy. Nie spodziewał się dzisiaj klientów, był natomiast pewien, że sklep odwiedzi dziś masa znajomych i przyjaciół. Na razie jednak ma spokój a ta piękna chwila trwa tu i teraz i jest tylko jego.Tak, zaczyna się nowa epoka - pomyślał, - i zapowiada dobry dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz